Mecz Fulham z Liverpoolem skończył się podziałem punktów, mimo że w końcówce to przyjezdni wyszli na prowadzenie. Dzięki remisowi Arne Slot nadal może czuć się bezpiecznie na swoim stanowisku.
2-2 na Craven Cottage
Wynik meczu otworzył w 17. minucie Harry Wilson, były piłkarz Liverpoolu. Walijczyk tym trafieniem potwierdził swoją wyśmienitą formę. W drugiej połowie spotkania do wyrównania doprowadził ściągnięty latem Florian Wirtz po asyście Conora Bradleya. W ostatnich czterech spotkaniach młody Niemiec strzelił dwa gole i asystował przy jednym, co stanowi cały jego ligowy dorobek. Widać, że w końcu odnalazł się na angielskich boiskach.
Kolejne dwa trafienia padły już w doliczonym czasie gry. Znajdujący się w ogniu krytyki fanów Cody Gakpo wyprowadził Liverpool na prowadzenie w 94. minucie. Pewny, że zdobył zwycięskiego gola, celebrował go z kibicami, zarabiając przy tym żółtą kartkę. Ta radość trwała jednak tylko moment. Ostatnie słowo należało do gracza Fulham, Harrisona Reeda, który pięknym strzałem trafił w samo okienko.
Kto zasłużył na wygraną?
Liverpool zdominował Fulham, jeżeli chodzi o posiadanie piłki – było to aż 58% czasu gry. Również w statystyce goli oczekiwanych The Reds wygrali, notując wartość 1,35, podczas gdy zawodnicy Marco Silvy osiągnęli wynik na poziomie 0,75. Liverpool oddał więcej strzałów, stworzył sobie więcej okazji i wykonał więcej rzutów rożnych.
Fulham jednak częściej faulowało i starało się odbierać piłkę, co utrudniło przyjezdnym grę. Londyńczycy wygrali więcej pojedynków – w tym pojedynków powietrznych, mimo że Liverpool ma w swojej kadrze wyższych zawodników. Statystyki defensywne jasno pokazują, komu w tym meczu bardziej zależało. Gdyby nie indywidualny błąd Joachima Andersena, który doprowadził do jednej z bramek Liverpoolu, Fulham mogłoby wygrać to spotkanie.
Liverpool w wątpliwy sposób przedłużył serię bez porażki
Remis z Fulham to ósme z rzędu spotkanie Liverpoolu bez porażki w Premier League. Ta seria nastąpiła po kilku przegranych, które sprawiły, że kibice zaczęli poważnie wątpić w umiejętności menadżerskie Arne Slota. Liverpool co prawda poprawił swoje wyniki, jednak zgubił punkty z Sunderlandem oraz dwukrotnie z Leeds. Styl gry The Reds pozostawia wiele do życzenia. Drużyna od lat kojarzona z intensywnością i walecznością od końcówki poprzedniego sezonu snuje się po boisku i nie jest chętna do pressingu. Arne Slot latem wymienił wielu zawodników, którzy zdobyli mistrzostwo. Wprowadził też zmiany taktyczne, odcinając się od myśli szkoleniowej swojego poprzednika, Jurgena Kloppa.
Zdaniem części ekspertów i kibiców Liverpoolu zeszłoroczny tryumf w Premier League był jedynie częściową zasługą holenderskiego menadżera. Zdobył on go, prowadząc drużynę Kloppa i grając w znany zawodnikom sposób. Nawet jeśli to tylko kąśliwe uwagi, to wyraźnie widać, że wprowadzone przez Slota zmiany zmieniły grę Liverpoolu na mniej atrakcyjną. Heavy metal football, do którego przyzwyczaił kibiców Klopp, został zastąpiony większym pragmatyzmem i skupieniem na posiadaniu piłki. Mecze The Reds przestały być ekscytujące zarówno dla fanów, jak i dla postronnych widzów. Co gorsza, wydaje się, że również zawodnicy przestali wierzyć w powodzenie tego projektu. Niedawno wypowiadali się na ten temat Mohammed Salah oraz Alexis Mac Allister.
Dopóki jednak są wyniki, dopóty Arne Slot raczej może czuć się bezpieczny na swoim stanowisku. Włodarze Liverpoolu znani są z cierpliwości do menadżerów, a zdobycie punktów z Fulham na wyjeździe zostanie odebrane przez nich pozytywnie. Mimo że styl gry drużyny pozostawia wiele do życzenia, The Reds obecnie znajdują się na czwartym miejscu w tabeli. Nie jest to zły wynik, jednak po mistrzach Anglii można było spodziewać się nieco więcej.
FOTO: liverpoolfc.com
